sobota, 28 września 2019

Kierunek - Morze Czarne (cz.9 - Toksyczne jezioro)

Kiedy podjęliśmy decyzję o ruszeniu w dalszą drogę, pogoda się zepsuła. Tak, w Rumunii, w środku wakacji, też czasem trzeba ubrać ciepły polar i kurtkę przeciwdeszczową...





Do przejechania mamy około 320 km, więc w planach mamy wycieczkę nad "toksyczne jezioro". Ale aby tam dojechać, musimy gdzieś zostawić przyczepę. Decydujemy się dosłownie "porzucić" nasz domek na poboczu w małym miasteczku. I ruszamy...


 Na pustej drodze spotykamy relikty motoryzacji...



Kolejny raz nasze pajero okazuje się wspaniałym środkiem lokomocji, szutrowo - żwirowe drogi nam nie straszne... Docieramy w niesamowite miejsce. To opuszczona wioska...



...gdzie na każdym kroku można spotkać gigantyczne rury...




To rurociąg, który zalał wioskę w 1978 roku. Wszystko przez Rosia Poieni - drugą co do wielkości w Europie odkrywkową kopalnię miedzi. Decyzję o zalaniu wioski podjął Nicolae Ceausescu. Co gorsza do dnia dzisiejszego poziom toksycznych odpadów w wodzie i oparów w powietrzu podnosi się, a jezioro wygląda jak popękana w czasie suszy ziemia. Gęstość ma jak budyń (wrzuciliśmy kamyk w ramach eksperymentu).





Najbardziej charakterystyczna jest wieża kościoła, wystająca z błotnistej mazi...





Ku naszemu zdziwieniu odkrywamy, że dwa lub trzy domy są zamieszkane, pola koszone, pobudowane kładki, ktoś tu mieszka!



Opuszczamy Geamanę z mieszanymi uczuciami. Głupio jakoś to brzmi, ale to miejsce jest na prawdę malownicze i warte obejrzenia...

Przyczepa czeka na nas grzecznie, więc jemy szybki posiłek i ruszamy dalej.
Czy ja wspominałam, ze mamy sporo przygód na tym wyjeździe? To proszę, jeszcze jedna do kolekcji...

Po raz pierwszy w życiu (a kilka lat już jeździmy i kilometrów w każde wakacje robimy kilka tysięcy...) odpięła nam się przyczepa w czasie jazdy! Na dodatek było pod górkę! Na szczęście zadziałał hamulec przyczepy, zerwała się linka (dla niewtajemniczonych: ta linka powinna się zerwać) i przyczepa stanęła w miejscu. wszystko skończyło się dobrze, ale adrenalina była, oj była!
Szybka naprawa za pomocą "trytytek" i kawałka  drutu i ruszamy dalej. a co my twardzi jesteśmy :)



Po zmroku i ponownie w deszczu docieramy na cudny kemping. ale o tym jutro :)

CDN

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz