wtorek, 20 sierpnia 2019

Kierunek - Morze Czarne (cz.1 - Węgry)

Decyzja o kierunku, w którym pojedziemy zapadła dość spontanicznie i dosłownie kilka dni przed wyjazdem.


A że naszym zestawem, zwłaszcza po średniej jakości drogach jeździ się ciężko, podróż postanowiliśmy podzielić na odcinki i przepleść zwiedzaniem.
I tak pierwszym przystankiem stały się Węgry, konkretnie kemping nad jeziorem w Nyiregyhazie. Kemping okazał się miejscem sympatycznym, ale bez efektu "łał", ceny na średnim poziomie (nieco ponad 100 zł za noc). Za korzystanie z kąpieliska trzeba wnieść dodatkową opłatę (do kempingu należy niewielki kawałek brzegu, bez plaży).
Poza miejscami dla kamperów, przyczep i namiotów, na kempingu są maleńkie domki.




Największym plusem kempingu jest jego lokalizacja, przy fajnym miasteczku, wspomnianym wcześniej kąpielisku i ZOO.
Mając jeden dzień na odpoczynek wybraliśmy się właśnie do ZOO. Jest ciekawe, podoba mi się pogrupowanie zwierząt "na kontynenty" i zwiedzanie na wielu poziomach (miejscami chodzi się po mostkach i platformach).




Jednak muszę przyznać, że po naszym Wrocławskim i Śląskim (w Chorzowie) ZOO, to nie robi jakiegoś ogromnego wrażenia. Widać też, że lata świetności ma za sobą...




Akwarium z podwodnymi tunelami też, muszę nieskromnie przyznać, w Polsce (we Wrocławiu) mamy nowocześniejsze, choć i to tutaj jest ciekawe. Zwłaszcza rekiny (i pokaz karmienia) robią wrażenie :)





Wieczorem na kolację grill, potem spacer nad jezioro i następnego dnia rano w drogę :)


Aha, chciałam jeszcze wspomnieć o zachowaniu naszych rodaków na kempingu. I niestety nie będzie to pochwała. Niedaleko nas, w namiocie, mieszkała polska rodzina (rodzice koło 40 lat i prawie dorosły syn). Cały dzień puszczali muzykę (takie "bum, bum, bum" w kółko to samo), niestety nie uciszyli się po 22 godzinie. Bardzo kulturalnie zwrócił im uwagę jakiś Słowak, a oni zamiast przeprosić... zwyczajnie go zwyzywali... I potem taka opinia Polaka - chama  jeździ z nami po świecie :(
Druga sprawa, to moja przygoda pod prysznicem w sanitariatach oznaczonych wyraźnie jako miejsce dla kobiet. Wchodzę, a tam za jedną zasłonką cztery kabiny, odgrodzone tylko dyktami pomiędzy stanowiskami. I kąpie się babka i facet i biegają sobie już wykąpane dzieci (dziewczynka i chłopiec, lat około 6-8). Więc grzecznie mówię zupełnie gołemu panu, że to damskie prysznice a on odpowiada mi po polsku (a jakże!), że są wolne dwa stanowiska do mycia, więc zaprasza, a zresztą oni zaraz wychodzą...
Chyba jakaś mało nowoczesna jestem, bo jednak poczekałam aż będzie wolne :)

CDN

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz